Wirtualizacja… Wybawienie – Co i jak?

W tym wpisie zaprezentuję bardzo przydatny sposób na ułatwienie sobie życia
który pozwoli na zwiększenie naszych umiejętności pracy przy różnych systemach operacyjnych.

A to wszystko bez potrzeby instalowania ich fizycznie na komputerze i przy okazji, nie tak bardzo celowo. Zniszczenia naszego… cennego sprzętu albo przynajmniej utracenia naszych cennych danych. Jak np. zdjęcia naszego ukochanego Pieska. (Nikt tego nie chce, po co ryzykować?). A o to, jeżeli chcielibyście stworzyć tak zwany “dual” albo “multi-boot”, nie trudno. Trzeba się przy tym bardziej orientować, a sama szansa na uszkodzenie cennego skarbca zdjęć i tysiąca gier. Jest… większa. Przynajmniej odrobinkę.
Z pomocą przychodzi narzędzie Wirtualizacyjne. Program, który pozwoli stworzyć „wirtualną maszynę”. Czyli na istniejącym systemie stworzyć inny, nie taki „fizyczny”, ale jak sama nazwa mówi system „Wirtualny”. Przy czym ryzyko uszkodzenia komputera i utracenia danych. Jest Zerowe. Jednakowo przy jego tworzeniu, użytkowaniu czy usuwaniu gdy już po dwóch dniach nam się znudzi. Ryzyko nie istnieje, same plusy. Więc czemu by tego nie zrobić? Warto jednak zauważyć, że system, nie działa „natywnie”, czyli bezpośrednio na sprzęcie, ale na warstwie systemowej emulującej prawdziwy sprzęt. Wydajność więc będzie odrobinę gorsza niż gdybyśmy zainstalowali go bezpośrednio na komputerze. Jednak to niewielka cena za bezpieczeństwo, które wirtualizacja niewątpliwie daje.
Zaprezentuję tutaj prostą instalację i konfigurację maszyny wirtualnej, na przykładzie chyba najbardziej popularnego oprogramowania tego typu, czyli „Oracle Virtual Box”. Oczywiście jest wiele innych programów jak np. „Vmware” czy typowy macOS-owy staruszek „Boot Camp”. W tym przypadku wybrałem „Virtualboxa”, bo jest dostępny jednakowo na Windowsie, Linuksie, oraz macOS-ie. A interfejsy na tych urządzeniach są niemal identyczne, więc nawet jeśli ktoś używa innego niż ja w tym przypadku – systemu operacyjnego, nie powinno być żadnych problemów.
W tym małym przeglądzie będę instalował „Linuxa Ubuntu” w jego najnowszej wersji, ale można też instalować inne wymyślne systemy operacyjne jak np. Windows Server czy Oracle Solaris. Więc droga wolna.
Zacznijmy od pobrania naszego oprogramowania. W tym celu wchodzimy na stronę www.virtualbox.org. A na niej, klikamy dosyć skrzętnie ukryty przycisk „Download VirtualBox”. Będę pomocny… to tutaj:


Później w zależności od systemu operacyjnego klikamy Windows hosts”, „OS X hosts” czy „Linux distributions”


Pobieramy Pakiet i go uruchamiamy, na Windowsie pokaże nam się standardowe okienko instalacyjne, klikamy „next” aż dojdziemy do takiego ekranu.


Tutaj interesuje nas co najwyżej lokalizacja programu, możemy ją sobie dowolnie zmienić jeśli nie mamy miejsca na aktualnej partycji/dysku, ale jeżeli nie mamy takiego problemu, to lepiej zostawić ustawienia takie jak są. Opcji powyżej nie dotykamy, to tylko dla zaawansowanych, a ty, jeśli czytasz proces instalacji, nie chcę nic sugerować, ale możesz się do nich nie zaliczać… Auć, drastycznie… Ale jest jeszcze opcja, że czytasz to dla zabawy. W każdym razie nie dotykamy tego.
Przeklikujemy przyciski „Next” do tego ekranu:


Klikamy „Yes”, później przeklikujemy dalszy proces instalacji. Jeśli mieliśmy wyjątkowo dużo szczęścia, wszystko powinno pójść dobrze i powinniśmy wylądować z takim okienkiem na ekranie.


Klikamy „Zainstaluj”, nawet mimo tego, że przerażony Windows bardzo tego nie chce, i podświetla nam przycisk „Nie instaluj” To nic takiego, po prostu prośba o zainstalowanie nowego, wirtualnego interfejsu sieciowego, przez który maszyna wirtualna będzie mogła komunikować się ze światem zewnętrznym. Przeklikujemy dalej. Uruchamiamy program.
Widzimy mniej więcej (w zależności od wersji) taki interfejs.


Teraz możemy zacząć tworzyć naszą maszynę wirtualną. Klikamy przycisk „Nowa”, Naszym oczom ukaże się takie okienko:

Tutaj możemy zaszaleć i poczuć się jak bardzo zaawansowany informatyk, więc kliknijmy „Tryb Eksperta” – Wiem bardzo ryzykowne, ale spróbujmy. Może nic się nie stanie.
Pokaże się coś takiego:


Okej, zanim zaczniemy grzebać i coś psuć…Ekhm, wpiszmy nazwę naszej maszyny Wirtualnej. Niech będzie to nazwa naszego systemu, który chcemy zainstalować. No to piszemy „Ub…”… Czekaj?! Co? Prawdziwa programistyczna magia! Program sam się domyślił, że chcemy Ubuntu i przystosował wszystkie ustawienia właśnie do niego. Jeżeli jednak jakimś cudem wam to nie zadziałało, można zawsze ustawić to ręcznie. Ale zrobił też jeden fatalny błąd, czyli przydzielił mu tylko jeden gigabajt pamięci RAM Potworność. Nie chcielibyście używać takiego systemu, ustawmy więc sobie odpowiednią ilość pamięci RAM, ale zadbajmy, aby znalazła się ona w zielonym obszarze suwaka. Tak wygląda moja przykładowa konfiguracja.

Klikamy Utwórz.


Kolejna zaawansowana część. Zostawiamy VDI, opcję Dynamicznie przydzielany. I ustawiamy suwakiem maksymalny rozmiar wirtualnego pliku systemu, czyli ustalamy jaką „pojemność dysku” będzie miał nasz system. 20GB powinno w zupełności wystarczyć, dzięki temu, że zaznaczyliśmy „dynamicznie przydzielany”. Nie powstanie nam od razu taki Plik-Moloch, ale będzie się on dopiero stopniowo zapełniał danymi z maszyny, w zależności od tego, co będziemy na niej robić, i tak aż do maksymalnego rozmiaru 20GB. Całkiem przyjemna opcja. Lokalizacji pliku nie musimy zmieniać, bo ustaliliśmy to w poprzednim kroku.

 Klikamy utwórz.


Już tak bardzo blisko… Do połowy…? Nie… Do końca. Klikamy Uruchom na tym ekranie


Teraz przy pierwszym uruchomieniu wybieramy nasz pobrany obraz systemu operacyjnego w rozszerzeniu .ISO
Po wybraniu odpowiednie pliku i krótkim oczekiwaniu na czarnym ekranie, powinno pokazać się takie menu :


W bocznym panelu wybieramy język polski, i klikamy Zainstaluj Ubuntu. Przeprowadzamy prosty proces instalacji, wybieramy opcję „Instalacja normalna”… Przeklikujemy cały czas dalej, Zostawiamy ustawienia domyślne, wpisujemy nazwę użytkownika i hasło.
Wreszcie, Finalnie… Koniec! Maszyna się zrestartowała… ale co to?! Czemu to okienko jest takie małe, nie da się powiększyć, rozdzielczość jak w późnych latach 90, a wydajność jeszcze gorsza! Tyle pracy… Na nic?!… No nie, brakuje jeszcze jednej małej rzeczy która sprawi że nasz komputer będzie w pełni funkcjonalny… Przy uruchomionym systemie spójrzmy na górną belkę maszyny wirtualnej. Kliknijmy „Urządzenia”, a teraz „Zamontuj obraz płyty z dodatkami…” teraz w naszej maszynie powinna pokazać się płyta zainstalujmy program który się na niej znajduje a nasze wszystkie problemy powinny zniknąć po restarcie maszyny. A więc to koniec uzyskaliśmy dostęp do potężnego narzędzia a przy okazji, całkowicie uchroniliśmy się przed utratą zdjęcia naszego ulubionego psa czy kota.

Mogą z tego wyniknąć tylko same plusy.

KONIEC

Dodaj komentarz